Powiecie, ze odgapiam
od Andromedy [wnioskuję z tytułu, bo wszyscy wiemy, jak to u mnie z czytaniem
jest xD Taaak, jestem analfabetą ;p – dop. Red.] i inne takie mecyje xp Dawno
się nie udzielałem, więc na razie będzie tylko wprowadzonko, coby za dużo nie namotać,
jak to tylko ja potrafię xD Flaczków możecie się spodziewać w ilościach
hurtowych, nawet jak na mnie :D A czemu psychole? Temat tak nośny i łatwy, że
po prostu dobry sposób na ponowne wskoczenie w rytm skrobania sobie czegoś na
boku xD No, to poględziłem, co tam u was, a teraz zapraszam do czytańska xd
Galeria Psycholi Doktora White’a
PSYCHOL
NUMER PIERWSZY – AZARIASZ
W chłodni było bardzo chłodno.
Nawet jak na chłodnię. Ludzkie tusze zwisające bezwładnie z haków
przytwierdzonych do sufitu bujały się lekko, to w prawo, to w lewo. Choć jedna
z nich wierzgała zbyt żwawo, jak na tuszę, czym zyskała sobie zainteresowanie
przechadzającego się po swojej zamrażarce Azariasza. Jego sięgająca do pasa,
kruczoczarna broda bujała się w tym samym rytmie co ciała, a wodnisto błękitne
oczka lustrowały uważnie otoczenie. Gruby bęben mężczyzny skrywał, acz tylko
połowicznie, zdecydowanie za mały podkoszulek poplamiony albo ketchupem, albo
juchą którejś z ofiar. Powietrze, które wydostało się z wydatnych ust, od razu
zmieniło się w biały obłok pary i poleciało w kierunku wierzgającej kobiety,
uderzając w nią wonią surowej cebuli, tłuszczu, zbyt dużej ilości soli i
cholera wie, czego jeszcze.
Gospodarz podszedł do swej
ofiary i złapał ją za twarz wielką jak bochen chleba dłonią. Przechylił głowę w
bok, jakby był jakimś kotem i uśmiechnął się, w zamyśle przyjacielsko, choć
uśmiech do jego gęby pasował, jak kaszanka do homara, odsłaniając klawiaturę
żółto-czarnych zębów.
Pogrzebał w kieszeni uwalonych
jakąś podejrzaną substancją spodni i wydobył z nich obieraczkę do ziemniaków.
- No, na Allacha, czas gotować!
– zakrzyknął.
PSYCHOL
NUMER DRUGI – DALIA
Piłka odbiła się od powierzchni
kortu po raz kolejny, lecz tym razem słabiej. Białe ściany i podłoga
pomieszczenia zostały malowniczo upstrzone karmazynowymi plamkami,
zmieniającymi się w podłużne linie. Krzyki Edwarda już dawno przestały
rozbrzmiewać w wielkiej hali, co nie zniechęcało Dalii, która wciąż
niestrudzenie waliła rakietą w to, co przed paroma chwilami było głową
chłopaka.
Należała do osób wielkiej
wyrozumiałości. I dobroci, a także uosabiała łagodność. Tak mówili jej rodzice,
a rodzice nie okłamują dzieci. Co by nie mówili o jej charakterze, nikt nie
mógł zaprzeczyć, że była nader urodziwa. Szczupła, wysportowana, zawsze chętna
– który facet by się nie skusił? Problem leżał jednak w dziewczynie, a w
zasadzie w jej dotychczasowych adoratorach. Co oni sobie myśleli? Taki Edward:
ciągle patrzył się łakomie na jej nogi. Grać w tenisa mu się zachciało! Wolne
żarty. Zamachnęła się po raz kolejny.
PSYCHOL
NUMER TRZECI – SIR WALTER
Franek biegł przed siebie,
starając się z całych sił nie zwracać uwagi na cieknącą, a raczej wylewającą
się z jego boku krew. Trasa, którą przebył, była ślicznie zaznaczona ciągnącym
się długim, czerwonym szlakiem, którego końcem była jego osoba.
Przez śnieżycę nie widział zbyt
wiele, ale zachował na tyle jasności umysłu, by wiedzieć, że ścigający go typ
nie odpuści. Zastanawiał się, jak to możliwe, że oprawcy nie jest zimno, przy
temperaturze minus dwudziestu stopni. Chociaż, gdyby odpowiednio się ubrał… Ale
właśnie to było najdziwniejsze. Prześladowca był w samych bokserkach i masce
gazowej. Jeśli wzrok Franka nie mylił, to bokserki były w misie i serduszka.
Ścigający go osobnik miał lekką, albo i średnią, nadwagę, co można było
wywnioskować z całkiem pokaźnych, jak na mężczyznę, piersi.
Chłopak poczuł, że uderzył stopą
w korzeń, zachwiał się i upadł w śnieg. Spróbował niezgrabnie się podnieść, ale
mu nie udało się i ponownie upadł. Nudysta już go dogonił i teraz pochylał się
nad nim w ciszy, zaś jedynym dźwiękiem, który chłopak mógł usłyszeć, było
donośne sapanie psychopaty. Prześladowca włożył rękę do bokserek i po chwili
grzebania w nich, wyjął na zewnątrz próbówkę wypełnioną jakąś przezroczystą
cieczą. Odkorkował ją i polał zawartością twarz chłopaka.
PSYCHOL
NUMER CZWARTY – EDBERT
Paryż był pogrążony we śnie, ale
latarnie dzielnie rozświetlały wielkie miasto. Hermenegilda podziwiała ja ze
szczytu wieży Eiffla, pewna, że może to robić w spokoju, jako iż w nocy nie
wolno było na ów wieżę wchodzić. Pogładziła dłonią kolce barierki. Wtem za nią
rozległy się kroki. Przełknęła ślinę i zaczęła się powoli obracać, jednak gdy
już zakończyła manewr, nie dostrzegła ani żywej duszy. Westchnęła i powróciła
do kontemplacji miasta. Po chwili jednak znów usłyszała kroki, ale tym razem
dochodziły z boku, wystarczyło więc jedynie skierować głowę w kierunku odgłosu,
co też uczyniła. Tym razem dokładnie widziała człowieka odpowiedzialnego za
hałas.
Miał jakieś metr
dziewięćdziesiąt wzrostu, skórę czarną niczym heban, ciemnobrązowe, może nawet
czarne, bystre oczy, orli nos i duże usta, wykrzywione w jakimś takim dziwnym
grymasie. Był chudy. Nie szczupły, tylko zwyczajnie chudy, zabiedzony wręcz;
skóra jakby zwisała na jego czaszce, czy dłoniach.
Hermenegilda nie zorientowała
się, kiedy zbliżył się do niej na wyciągnięcie ręki; a ręce też miał wyjątkowo
długie. Przechylił głowę w prawo, odsłonił żółte zęby w uśmiechu, wyciągnął
ramię w jej kierunku i zaczął głaskać ją po głowie. Było to na tyle przyjemne,
że nie zauważyła, kiedy uśmiech zniknął z jego twarzy, a ręka zacisnęła się
mocno na włosach. Zobaczyła tylko zadziwiająco szybko przybliżające się do jej
własnej twarzy kolce barierki.
PSYCHOL
NUMER PIĄTY – DEDER
John czołgał
się przed siebie. A ściślej rzecz ujmując – pełzł nieudolnie przed siebie,
ciągnąc ledwo trzymającą się na ścięgnach nogę za sobą. Wycięty na plecach znak
krzyża bolał niezwykle dotkliwie, choć z pewnością nie tak bardzo, jak prawie
amputowana kończyna.
Oprawca
powoli szedł za swoją ofiarą, w lewej dłoni dzierżąc replikę średniowiecznego miecza,
choć wykonaną z najprawdziwszej stali i do tego świetnie naostrzoną, a w prawej
podrzucał piłkę do baseballa. Pośród nocnej ciemności nie dało się dostrzec
jakichś większych szczegółów jego wyglądu, poza tym, że miał chorobliwie białą
skórę, był konkretnie napakowany i chodził w przekręconej na bok czapce z
daszkiem.
Zbliżył się
wolnym krokiem na żałosnej sylwetki starającej się od niego uciec i stanął nad
nią w rozkroku. Wypowiedział pod nosem kilka szybkich słów, uniósł oburącz
miecz i powiedział:
- Śmierć
niewiernym psom!
PSYCHOL
NUMER SZÓŚTY – JULIA
Z otwartego skalpelem brzucha
pana Ignacego obficie wyciekała posoka, która uparcie brudziła fartuch Julii i
podłogą. Pielęgniarka włożyła dłoń do środka i zaczęła szukać poszukiwanego
przez siebie organu. Klatka piersiowa staruszka unosiła się i opadała w
miarowym tempie, jakby nic się nie działo. Nie minęło kilka chwil, a w prawej
dłoni Julii znalazła się starcza wątroba, jeszcze ciepła. Kobieta wyjęła z
torebki foliowy worek i wpakowała do niej narząd. Zdjęła fartuch, przykryła nim
pana Ignacego i skierowała się ku wyjściu ze szpitala.
PSYCHOL
NUMER SIÓDMY – EMILIO
Pokój był skąpany w świetle
rzucanym przez buchające w kominku płomienie, a podłoga zasłana była dywanem
pustych opakowań po prezentach, krwi i rozmaitych części ludzkiego ciała, od
palców poczynając, na śledzionie kończąc.
Pani Simpson opierała się o
ścianę, trzymając w drżących dłoniach pogrzebacz wycelowany w napastnika
przebranego za Świętego Mikołaja. Był zdecydowanie za chudy, jak na popularną
wersję ów świętego, co nie umknęło uwadze Lisy. A już na pewno do wizerunku
postaci nie pasowała piła spalinowa ociekająca krwią.
- Ho, ho, ho! – zakrzyknął niskim
głosem. – Wesołych świąt!
I pokój upiększyły kolejne plamy
krwi.
PSYCHOL
NUMER ÓSMY – KAPITAN RIVERS
Po policzkach dziewczyny
spływały słone łzy, które następnie spadały z cichym pluskiem na ziemię. Staruch,
o twarzy naznaczonej bliznami, jednym oku zaszłym bielmem i ręce uciętej w
łokciu, wiązał na jej szyi pętlę, pogwizdując sobie przy tym nader wesoło. Ręce
miała związane, a nogi poranione, więc stawianie jakiegokolwiek oporu nie było
możliwe.
Gdy skończył wiązać, kazał jej
wstać, a gdy się ociągała, pociągnął mocno za sznur, obalając ją na ziemię. Przywiązał
sznur do grubej gałęzi, a dziewczynie kazał stanąć na naprędce skleconym
podeście z drewnianych desek.
Kiedy już się tam znalazła,
staruszek poszedł do swojego minivana, a po chwili wrócił z krzyżem i młotkiem.
Taniec, który odstawiła, gdy straciła podłoże pod stopami, mógł spokojnie iść w
konkury z kankanem.
PSYCHOL
NUMER DZIEWIĄTY – DOKTOR SHEPARD
Marwin miotał się jak piskorz,
siedząc nad jednym z tych, znanych z filmów, zbiorników pełnych wody, nad
którymi była ławeczka, a obok ławeczki tarcza, w którą trzeba było trafić, żeby
osobnik siedzący na ów ławeczce wpadł do wody. I może udałoby mu się uciec,
gdyby nie to, że był związany strasznie silną taśmą klejącą. Jeszcze raz spojrzał
z przerażeniem pod siebie i ku swej trwodze stwierdził, że ławica wygłodniałych
piranii wcale nie zniknęła.
Kobieta, która go tu zaciągnęła,
stała na ścieżce naprzeciwko tego akwarium pełnego morderczych rybek. Miała
kruczoczarne włosy sięgające jej za łopatki, zielone oczy, prosty nos i uśmiech
tak ciepły, że mógłby roztapiać lodowce. No, przynajmniej do czasu wydawał się
on ciepły. Była szczupła i pełna energii, tego też nie można było jej odmówić. Prawą
dłonią odbijała piłkę do koszykówki.
Po chwili jednak ujęła ową piłkę
w obie ręce, wzięła zamach i rzuciła do tarczy znajdującej się obok Marwina. Nie
spudłowała i chłopak wpadł do basenu, którego woda szybko zmieniła barwę.
PSYCHOL
NUMER DZIESIĄTY – PAN GUTENBERG
Po ciemnobrązowym blacie biurka
rozlewała się coraz to większa czerwona kałuża, która swoje źródło miała u
rozwalonego łba jednego z dwóch urzędników siedzących przed panem Gutenbergiem,
trzymającym w swej prawicy rewolwer wycelowany w drugiego, wciąż żywego
gryzipiórka. Księgowy widząc rozkwaszoną makówkę swojego kolegi wpadł w trudną
do opisania panikę i zaczął wrzeszczeć.
Twarz Gutenberga zachowała kamienny
wyraz. Głowa ogolona na łyso i broda otaczająca ciasnym kręgiem wąskie usta,
szare oczy i orli nos ani drgnęły. Jedynie palec wskazujący lekko nacisnął
spust broni, która to natychmiastowo wypaliła, tworząc w głowie pismaka dość
sporą, jak na ten kaliber, dziurę. Na ścianie za gryzipiórkiem powstała druga
karmazynowa plama, a pan Gutenberg wstał, wziął ze stołu długopis i wyszedł.
No, i na teraz to będzie tyle xdddd Co sądzicie o poszczególnych
typach? Xdd Który najlepsiejszy? xd Ogólnie rzecz biorąc, kontynuacja będzie
[przepraszam was ;p] xd I tak, wiem, "jakie to jest krótkie" :PP Wszelkie błędy logiczne zamierzone [xddddddd] xdddddd
Zdrowia xp
Max ;p