Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bebeszenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bebeszenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 grudnia 2013

GPDW - PROLOG

Powiecie, ze odgapiam od Andromedy [wnioskuję z tytułu, bo wszyscy wiemy, jak to u mnie z czytaniem jest xD Taaak, jestem analfabetą ;p – dop. Red.] i inne takie mecyje xp Dawno się nie udzielałem, więc na razie będzie tylko wprowadzonko, coby za dużo nie namotać, jak to tylko ja potrafię xD Flaczków możecie się spodziewać w ilościach hurtowych, nawet jak na mnie :D A czemu psychole? Temat tak nośny i łatwy, że po prostu dobry sposób na ponowne wskoczenie w rytm skrobania sobie czegoś na boku xD No, to poględziłem, co tam u was, a teraz zapraszam do czytańska xd

Galeria Psycholi Doktora White’a

PSYCHOL NUMER PIERWSZY – AZARIASZ
W chłodni było bardzo chłodno. Nawet jak na chłodnię. Ludzkie tusze zwisające bezwładnie z haków przytwierdzonych do sufitu bujały się lekko, to w prawo, to w lewo. Choć jedna z nich wierzgała zbyt żwawo, jak na tuszę, czym zyskała sobie zainteresowanie przechadzającego się po swojej zamrażarce Azariasza. Jego sięgająca do pasa, kruczoczarna broda bujała się w tym samym rytmie co ciała, a wodnisto błękitne oczka lustrowały uważnie otoczenie. Gruby bęben mężczyzny skrywał, acz tylko połowicznie, zdecydowanie za mały podkoszulek poplamiony albo ketchupem, albo juchą którejś z ofiar. Powietrze, które wydostało się z wydatnych ust, od razu zmieniło się w biały obłok pary i poleciało w kierunku wierzgającej kobiety, uderzając w nią wonią surowej cebuli, tłuszczu, zbyt dużej ilości soli i cholera wie, czego jeszcze.
Gospodarz podszedł do swej ofiary i złapał ją za twarz wielką jak bochen chleba dłonią. Przechylił głowę w bok, jakby był jakimś kotem i uśmiechnął się, w zamyśle przyjacielsko, choć uśmiech do jego gęby pasował, jak kaszanka do homara, odsłaniając klawiaturę żółto-czarnych zębów.
Pogrzebał w kieszeni uwalonych jakąś podejrzaną substancją spodni i wydobył z nich obieraczkę do ziemniaków.
- No, na Allacha, czas gotować! – zakrzyknął.
PSYCHOL NUMER DRUGI – DALIA
Piłka odbiła się od powierzchni kortu po raz kolejny, lecz tym razem słabiej. Białe ściany i podłoga pomieszczenia zostały malowniczo upstrzone karmazynowymi plamkami, zmieniającymi się w podłużne linie. Krzyki Edwarda już dawno przestały rozbrzmiewać w wielkiej hali, co nie zniechęcało Dalii, która wciąż niestrudzenie waliła rakietą w to, co przed paroma chwilami było głową chłopaka.
Należała do osób wielkiej wyrozumiałości. I dobroci, a także uosabiała łagodność. Tak mówili jej rodzice, a rodzice nie okłamują dzieci. Co by nie mówili o jej charakterze, nikt nie mógł zaprzeczyć, że była nader urodziwa. Szczupła, wysportowana, zawsze chętna – który facet by się nie skusił? Problem leżał jednak w dziewczynie, a w zasadzie w jej dotychczasowych adoratorach. Co oni sobie myśleli? Taki Edward: ciągle patrzył się łakomie na jej nogi. Grać w tenisa mu się zachciało! Wolne żarty. Zamachnęła się po raz kolejny.
PSYCHOL NUMER TRZECI – SIR WALTER
Franek biegł przed siebie, starając się z całych sił nie zwracać uwagi na cieknącą, a raczej wylewającą się z jego boku krew. Trasa, którą przebył, była ślicznie zaznaczona ciągnącym się długim, czerwonym szlakiem, którego końcem była jego osoba.
Przez śnieżycę nie widział zbyt wiele, ale zachował na tyle jasności umysłu, by wiedzieć, że ścigający go typ nie odpuści. Zastanawiał się, jak to możliwe, że oprawcy nie jest zimno, przy temperaturze minus dwudziestu stopni. Chociaż, gdyby odpowiednio się ubrał… Ale właśnie to było najdziwniejsze. Prześladowca był w samych bokserkach i masce gazowej. Jeśli wzrok Franka nie mylił, to bokserki były w misie i serduszka. Ścigający go osobnik miał lekką, albo i średnią, nadwagę, co można było wywnioskować z całkiem pokaźnych, jak na mężczyznę, piersi.
Chłopak poczuł, że uderzył stopą w korzeń, zachwiał się i upadł w śnieg. Spróbował niezgrabnie się podnieść, ale mu nie udało się i ponownie upadł. Nudysta już go dogonił i teraz pochylał się nad nim w ciszy, zaś jedynym dźwiękiem, który chłopak mógł usłyszeć, było donośne sapanie psychopaty. Prześladowca włożył rękę do bokserek i po chwili grzebania w nich, wyjął na zewnątrz próbówkę wypełnioną jakąś przezroczystą cieczą. Odkorkował ją i polał zawartością twarz chłopaka.
PSYCHOL NUMER CZWARTY – EDBERT
Paryż był pogrążony we śnie, ale latarnie dzielnie rozświetlały wielkie miasto. Hermenegilda podziwiała ja ze szczytu wieży Eiffla, pewna, że może to robić w spokoju, jako iż w nocy nie wolno było na ów wieżę wchodzić. Pogładziła dłonią kolce barierki. Wtem za nią rozległy się kroki. Przełknęła ślinę i zaczęła się powoli obracać, jednak gdy już zakończyła manewr, nie dostrzegła ani żywej duszy. Westchnęła i powróciła do kontemplacji miasta. Po chwili jednak znów usłyszała kroki, ale tym razem dochodziły z boku, wystarczyło więc jedynie skierować głowę w kierunku odgłosu, co też uczyniła. Tym razem dokładnie widziała człowieka odpowiedzialnego za hałas.
Miał jakieś metr dziewięćdziesiąt wzrostu, skórę czarną niczym heban, ciemnobrązowe, może nawet czarne, bystre oczy, orli nos i duże usta, wykrzywione w jakimś takim dziwnym grymasie. Był chudy. Nie szczupły, tylko zwyczajnie chudy, zabiedzony wręcz; skóra jakby zwisała na jego czaszce, czy dłoniach.
Hermenegilda nie zorientowała się, kiedy zbliżył się do niej na wyciągnięcie ręki; a ręce też miał wyjątkowo długie. Przechylił głowę w prawo, odsłonił żółte zęby w uśmiechu, wyciągnął ramię w jej kierunku i zaczął głaskać ją po głowie. Było to na tyle przyjemne, że nie zauważyła, kiedy uśmiech zniknął z jego twarzy, a ręka zacisnęła się mocno na włosach. Zobaczyła tylko zadziwiająco szybko przybliżające się do jej własnej twarzy kolce barierki.
PSYCHOL NUMER PIĄTY – DEDER
John czołgał się przed siebie. A ściślej rzecz ujmując – pełzł nieudolnie przed siebie, ciągnąc ledwo trzymającą się na ścięgnach nogę za sobą. Wycięty na plecach znak krzyża bolał niezwykle dotkliwie, choć z pewnością nie tak bardzo, jak prawie amputowana kończyna.
Oprawca powoli szedł za swoją ofiarą, w lewej dłoni dzierżąc replikę średniowiecznego miecza, choć wykonaną z najprawdziwszej stali i do tego świetnie naostrzoną, a w prawej podrzucał piłkę do baseballa. Pośród nocnej ciemności nie dało się dostrzec jakichś większych szczegółów jego wyglądu, poza tym, że miał chorobliwie białą skórę, był konkretnie napakowany i chodził w przekręconej na bok czapce z daszkiem.
Zbliżył się wolnym krokiem na żałosnej sylwetki starającej się od niego uciec i stanął nad nią w rozkroku. Wypowiedział pod nosem kilka szybkich słów, uniósł oburącz miecz i powiedział:
- Śmierć niewiernym psom!
PSYCHOL NUMER SZÓŚTY – JULIA
Z otwartego skalpelem brzucha pana Ignacego obficie wyciekała posoka, która uparcie brudziła fartuch Julii i podłogą. Pielęgniarka włożyła dłoń do środka i zaczęła szukać poszukiwanego przez siebie organu. Klatka piersiowa staruszka unosiła się i opadała w miarowym tempie, jakby nic się nie działo. Nie minęło kilka chwil, a w prawej dłoni Julii znalazła się starcza wątroba, jeszcze ciepła. Kobieta wyjęła z torebki foliowy worek i wpakowała do niej narząd. Zdjęła fartuch, przykryła nim pana Ignacego i skierowała się ku wyjściu ze szpitala.
PSYCHOL NUMER SIÓDMY – EMILIO
Pokój był skąpany w świetle rzucanym przez buchające w kominku płomienie, a podłoga zasłana była dywanem pustych opakowań po prezentach, krwi i rozmaitych części ludzkiego ciała, od palców poczynając, na śledzionie kończąc.
Pani Simpson opierała się o ścianę, trzymając w drżących dłoniach pogrzebacz wycelowany w napastnika przebranego za Świętego Mikołaja. Był zdecydowanie za chudy, jak na popularną wersję ów świętego, co nie umknęło uwadze Lisy. A już na pewno do wizerunku postaci nie pasowała piła spalinowa ociekająca krwią.
- Ho, ho, ho! – zakrzyknął niskim głosem. – Wesołych świąt!
I pokój upiększyły kolejne plamy krwi.
PSYCHOL NUMER ÓSMY – KAPITAN RIVERS
Po policzkach dziewczyny spływały słone łzy, które następnie spadały z cichym pluskiem na ziemię. Staruch, o twarzy naznaczonej bliznami, jednym oku zaszłym bielmem i ręce uciętej w łokciu, wiązał na jej szyi pętlę, pogwizdując sobie przy tym nader wesoło. Ręce miała związane, a nogi poranione, więc stawianie jakiegokolwiek oporu nie było możliwe.
Gdy skończył wiązać, kazał jej wstać, a gdy się ociągała, pociągnął mocno za sznur, obalając ją na ziemię. Przywiązał sznur do grubej gałęzi, a dziewczynie kazał stanąć na naprędce skleconym podeście z drewnianych desek.
Kiedy już się tam znalazła, staruszek poszedł do swojego minivana, a po chwili wrócił z krzyżem i młotkiem. Taniec, który odstawiła, gdy straciła podłoże pod stopami, mógł spokojnie iść w konkury z kankanem.
PSYCHOL NUMER DZIEWIĄTY – DOKTOR SHEPARD
Marwin miotał się jak piskorz, siedząc nad jednym z tych, znanych z filmów, zbiorników pełnych wody, nad którymi była ławeczka, a obok ławeczki tarcza, w którą trzeba było trafić, żeby osobnik siedzący na ów ławeczce wpadł do wody. I może udałoby mu się uciec, gdyby nie to, że był związany strasznie silną taśmą klejącą. Jeszcze raz spojrzał z przerażeniem pod siebie i ku swej trwodze stwierdził, że ławica wygłodniałych piranii wcale nie zniknęła.
Kobieta, która go tu zaciągnęła, stała na ścieżce naprzeciwko tego akwarium pełnego morderczych rybek. Miała kruczoczarne włosy sięgające jej za łopatki, zielone oczy, prosty nos i uśmiech tak ciepły, że mógłby roztapiać lodowce. No, przynajmniej do czasu wydawał się on ciepły. Była szczupła i pełna energii, tego też nie można było jej odmówić. Prawą dłonią odbijała piłkę do koszykówki.
Po chwili jednak ujęła ową piłkę w obie ręce, wzięła zamach i rzuciła do tarczy znajdującej się obok Marwina. Nie spudłowała i chłopak wpadł do basenu, którego woda szybko zmieniła barwę.
PSYCHOL NUMER DZIESIĄTY – PAN GUTENBERG
Po ciemnobrązowym blacie biurka rozlewała się coraz to większa czerwona kałuża, która swoje źródło miała u rozwalonego łba jednego z dwóch urzędników siedzących przed panem Gutenbergiem, trzymającym w swej prawicy rewolwer wycelowany w drugiego, wciąż żywego gryzipiórka. Księgowy widząc rozkwaszoną makówkę swojego kolegi wpadł w trudną do opisania panikę i zaczął wrzeszczeć.
Twarz Gutenberga zachowała kamienny wyraz. Głowa ogolona na łyso i broda otaczająca ciasnym kręgiem wąskie usta, szare oczy i orli nos ani drgnęły. Jedynie palec wskazujący lekko nacisnął spust broni, która to natychmiastowo wypaliła, tworząc w głowie pismaka dość sporą, jak na ten kaliber, dziurę. Na ścianie za gryzipiórkiem powstała druga karmazynowa plama, a pan Gutenberg wstał, wziął ze stołu długopis i wyszedł.

No, i na teraz to będzie tyle xdddd Co sądzicie o poszczególnych typach? Xdd Który najlepsiejszy? xd Ogólnie rzecz biorąc, kontynuacja będzie [przepraszam was ;p] xd I tak, wiem, "jakie to jest krótkie" :PP Wszelkie błędy logiczne zamierzone [xddddddd] xdddddd
Zdrowia xp

Max ;p

sobota, 31 sierpnia 2013

I. Suanin [Untitled]

I. SUANIN


Soreo przechadzał się wolnym krokiem wśród tlących się pozostałości po splądrowanej wiosce. Jego długi ogon zamiatał ziemię, wzburzając tumany drażniącego oczy kurzu. W prawej ręce wciąż trzymał ociekający krwią mieszkańców miecz z czarnej stali. Konie jego i jego żołnierzy pasły się na pobliskiej łące, nie zwracając uwagi na odór spalonych ciał i kłęby dymu unoszące się leniwie ku niebiosom. Skórzaną rękawicą, wzmacnianą na grzbiecie czarnymi łuskami, starł ze lśniącego bladym blaskiem ostrza krew. Niewątpliwą zaletą gęstych lasów, otaczających Cathair Oir, było to, że po napaści na kogokolwiek, można było zniknąć wśród grubych konarów drzew, tak szybko, jak się pojawiło. Drugą były niewielkie wioski, ukryte w głębi głuszy, takie jak ta, która właśnie się dopalała. Dom starszego wioski zaczęły już powoli lizać czerwone, pomarańczowe i żółte płomienie. Dach kryty strzechą zapadł się właśnie do środka budynku. Zanim go podpalono, parter zbudowany był z czerwonych cegieł, a wyższe piętra z dębowych desek.

niedziela, 25 sierpnia 2013

PROLOG [jeszcze bez tytułu]

Ekhm… Więc, ten, no… Dzisiaj coś ‘mojego’, chociaż na pierwszy rzut oka i tak wszyscy wezmą to za PLiO [meeeeh….], bo w sumie całkiem podobne, co by nie mówić, ale zapewniam, że jeśli pojawi się jakaś nazwa z innej książki, filmu, bla, bla, bla, to jest to niezamierzone i podświadome. A poza tym, tak zwana mechanika świata całkowicie inna xD Itede, itepe. To teraz nie przedłużając, zapraszam do czytania i krytyki xd


PROLOG


Biało-czerwona chorągiew Rodziny Wendów łopotała dumnie na wietrze. Przedstawiała krwistoczerwonego Ognistego Rekina, na białym niczym wody Oceanu Lodu, z których pochodził, tle.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

.:GoT/PLiO - Rozdział I:.

Tia... No cóż... Nadmiar czasu, te sprawy...
Ach, muszę dać jedną istotną rzecz, o której zapomniałem poprzednio. SPOILER ALERT. Jak ktoś nie oglądał serialu/nie czytał książki, a chce, może natrafić [a raczej natrafi] na niemiłe spoilery, dotyczące treści tychże tworów. Jednak, jeśli ktoś nie boi się spoilów, proszę bardzo xd Więc, jak ktoś nie chce sobie psuć zabawy z oglądania/czytania pierwowzoru – NIE CZYTAĆ. Amen.

***
ROOSE
Roose Bolton przechadzał się wśród pozostałości obozu żołnierzy Młodego Wilka w porannym słońcu, wstającym nad Bliźniakami. Jego buty były już pokryte błotem – a przynajmniej, mogłoby się wydawać, że jest to błoto. Po dokładnych oględzinach dostrzegało się szkarłat. Zakrzepłą krew. Lord Dreadfort nie zwracał uwagi na kałuże na swojej drodze i szedł niestrudzenie przed siebie, oceniając efekty nocnej rzezi.

niedziela, 4 sierpnia 2013

.: GoT/PLiO - Prolog:.

To może ja się najpierw przywitam? Cześć, Max jestem?... Tak mnie coś ostatnio naszło i się nie mogłem powstrzymać, przed napisaniem tego, co ujrzycie poniżej xd Czyli tak w dużym skrócie fanfica do "Gry o Tron", czy też "Pieśni Lodu i Ognia". Jakieś potwornie długie toto nie jest, ale mam nadzieję, że przypadnie komuś do gustu ;)


***


Ltor wiosłował już od pięciu godzin i dźwięk morskich fal, obijających się o kadłub ich statku go nie opuszczał. Parę razy jego ciało przeszedł dreszcz, gdy sosnowe deski zatrzeszczały niebezpiecznie.
Wypłynęli z Pyke tydzień temu, by odbić Thoena z rąk niejakiego Ramsaya Boltona. Asha domyślała się, że bękart stacjonuje w Winterfell, dlatego postanowiła podpłynąć najbliżej, jak tylko się dało. Oznaczało to również długą przeprawę, przez lasy Północy, a u jej końca, oblężenie. Żelaznym Ludziom nie uśmiechała się taka perspektywa, ale nie mogli sprzeciwiać się Greyjoyom.